piątek, 1 sierpnia 2014

Malezja - Kuala Lumpur


Pierwszym miejscem, jakie odwiedziłam w Malezji, było Kuala Lumpur. Ciekawostek na każdy temat jest od groma - o jedzeniu, o środkach lokomocji, o ludziach. O ludziach można opowiadać godzinami, i o "localsach" i o turystach. Posłużę się zdjęciami i krótkimi opisami, w końcu widząc łatwiej jest chociaż odrobinę poczuć.


Twin Towers, Petronas Towers - obowiązkowy punkt programu zwiedzania Kuala Lumpur. Obowiązkowe zdjęcie pod bliźniaczkami również należy zrobić. 

W dzień eleganckie, w nocy jakby żyją, czerwienią się i złocą.

Wygląda jak znany nam tramwaj, prawda? Nic bardziej mylnego.

Nie dosyć, że jeździ się nad ziemią, to jeszcze tylko po jednej szynie. Ten środek lokomocji nazywa się "monorail", czyli kolej jednoszynowa. Widoki bywają ładne, a bywają też mniej urokliwe - zniszczone dachy i odrapane ściany.

Wielki market elektroniki. Moje osobiste doświadczenia mówią, że zwykle tanio nie znaczy dobrze. Niby oczywiste, prawda? :)

Ulice są zwykle szerokie, dwa pasy to absolutne minimum. Dla aut - super sprawa. Dla pieszych - gorzej. Chodniki i przejścia dla pieszych występują na tyle sporadycznie, że można równie dobrze powiedzieć, że takie coś tutaj nie istnieje.

Ale ten brak zupełnie w niczym nie przeszkadza! Po kilku dniach człowiek przyzwyczaja się do chodzenia poboczem i  przekraczania ulicy pełnej aut. Malezyjczycy mają do tego na to dodatkowy sposób - wystarczy wyciągnąć rękę w bok, co jest magicznym znakiem dla aut, mówiącym "Uwaga, idę!". Zapomniałabym! Należy się jeszcze przestawić na przeciwny kierunek jazdy. Po kilku bliskich spotkaniach z jadącymi autami, nauczyłam się, w którą stronę najpierw patrzeć, przechodząc przez ulicę.


Taksówkowa mafia. Biało-czerwone z metromierzem są jej najbardziej uczciwą częścią. Jedna z pierwszych wskazówek, jakie dostałam, jadąc do Kuala Lumpur - nie wsiadaj do niebieskich taksówek. Podwajają cenę, tak o, to za ten niebieski kolor? Publiczny transport umiera po godzinie 23, więc tym trudniej unikać taksówek. 


Miasto tętni życiem wieczorami najbardziej w tzw. "food court'ach", gdzie stragan przy straganie można kupić owoce lub zjeść coś specjalngo.




Tutaj smakowałam ryżu smażonego z kurczakiem i dodatkami podanych w takim właśnie naczyniu. Na szczęście narzędziami były widelec i łyżka, a nie pałeczki.. :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz