środa, 6 sierpnia 2014

Malezja - Gunung Pulai

Gunung Pulai, czyli góra Pulai, dla tubylców jest parkiem rekreacyjnym. Zresztą pełna nazwa to Gunung Pulai Recreational Forest. Dla mnie las ma jednak znacznie mniej odgłosów i... nie ma w nich małp! A tutaj były. Zdjęć niestety nie ma, bo nie były tak blisko, jak w Batu Caves. Najzwyczajniej na świecie biegały po gałęziach w swoim naturalnym środowisku. Jak mnie później wszyscy ostrzegali - podobno potrafią być agresywne! Dla mnie to było pierwsze, dłuższe spotkanie z dżunglą. Nie największą, niezbyt niebezpieczną. Ale jednak dżungla.

To miało być przyjemne 5 kilometrów. W jedną stronę. I, o dziwo, mimo upału, nieziemskiego zmęczenia wynikającego z nieprzyzwyczajonego do wspinaczki organizmu, takie właśnie było! 5 kilometrów drogi powrotnej było już znacznie przyjemniejsze, chociaż nie krótsze ze względu na częste fotograficzne przystanki.

Dużo czytałam o górach śmieci leżących na poboczach i zaniedbanym przez państwo parku, jednak zupełnie tego nie zauważyłam. Było przyjemnie, szczególnie dzięki ludziom. Panuje tutaj tradycja witania się ze współwspinaczami, jak dawno temu na szlakach górskich w Polsce. Bardzo przyjemny zwyczaj. Jak zwykle odpowiedziałam wiele razy na często pojawiające się pytanie "Skąd jesteś?!". Z Polski jestem, z Polski, daleko od domu. Spotykałam się tylko z pozytywnymi reakcjami.

Samą przygodą było dotarcie do parku. Z mojego miejsca pobytu Gunung Pulai było oddalone o marne 25 km. Bardzo blisko, gdy jest się w posiadaniu samochodu. Znacznie dalej, czy się go nie ma, a transport publiczny do tego miejsca nie dojeżdża. Ani nawet w pobliże tego miejsca. Ale od czego są mili ludzie! Dotarłam stopem, a właściwie zostałam na niego złapana. Ostatnio częściej to stop łapie mnie, niż odwrotnie. Miła, chińska rodzinka zawiozła mnie prosto na miejsce, martwiąc się o mnie znacznie bardziej, niż ja sama!

Wróciłam do domu dokładnie w ten sam sposób, podwieziona prosto pod drzwi!

Celem zupełnie nie był szczyt, a sama droga. Na jej końcu stał pan i sprzedawał spragnionym wodę. Po drodze cieszyłam oczy głęboką zielenią roślin i uroczymi widokami. Na potwierdzenie - zdjęcia!

Wejście do parku.

Jeden z kilku niewielkich wodospadów.























Widziałam już wiele motyli w specjalnym parku, ale w końcu uchwyciłam je również na wolności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz